– Korzenie same do mnie mówią… Rafał Malicki z Jamskiego – ostatni artysta korzenioplastyk w powiecie włoszczowskim
„Wszystkie pnie i korzenie mówią. Nie wszystkie moim językiem” – to motto życiowe Rafała Malickiego, 50-letniego mieszkańca Jamskiego, który od wielu lat pasjonuje się kolekcjonowaniem starych korzeni drzew i przywracaniem im drugiego życia.
Mieszka w małej miejscowości Jamskie w gminie Włoszczowa, liczącej zaledwie 10 numerów domów, w urokliwym miejscu otoczonym lasami, tuż przy wiadukcie kolejowym. Ciszę tego miejsca przerywają jedynie pędzące obok jego domu pociągi ekspresowe na trasie Warszawa-Kraków.
Korzenie same do niego mówiły
Mieszkaniec Jamskiego ma nietypową pasję. Jest prawdopodobnie jednym z ostatnich korzenioplastyków w powiecie włoszczowskim, jeśli nie jedynym. Jak mówi, bakcyla połknął już w dzieciństwie. Jego ojciec Eugeniusz był gajowym i pan Rafał od najmłodszych lat miał kontakt za lasem i drzewami.
– Już w dzieciństwie szukałem po lasach ciekawych korzeni jałowca, z narostami i bulwami. Scyzorykiem skrobałem z nich korę i robiłem świeczniki. W szkole podstawowej w Motycznie, do której uczęszczałem, uskrzydlał mnie w mojej pasji nauczyciel plastyki Wiesław Fiecek – wspomina Rafał Malicki.
Potem zaczął bardziej zagłębiać się w temat i szukać ciekawszych, korzennych deformacji. – Czekałem do jesieni, aż właściciel spuści wodę ze stawu w Chotowie bądź Kuźnicy i odłowi ryby. Wtedy zakładałem gumowce i rozpoczynałem eksplorację dna zbiornika. Wyciągałem z błota wystające korzenie, które same do mnie mówiły… – opowiada artysta z Jamskiego. Pnie z wystającymi korzeniami znajdował też w Komornikach przy rzece Czarnej.
Wyciągnięty z dna stawu lub rzeki stary, przeważnie sosnowy korzeń, który butwiał w błocie przez dziesiątki lat, trafiał od razu do pracowni pana Rafała, gdzie poddawany był starannej obróbce. – Chciałem wydobyć z niego piękno, które drzemało w nim od lat, ukryte przed światem – podkreśla korzenioplastyk z Jamskiego. – Korzenie same podpowiadały mi, co mam z nimi zrobić – dodaje.
Korzeń musi mieć swój dom
W swoim rodzinnym domu w Jamskim Rafał Malicki zgromadził przez kilkadziesiąt lat imponującą kolekcję korzeni liczącą kilkaset sztuk (obecnie zostało mu kilkadziesiąt).
– Myślę, że z pięćset to wykonałem od dziecka, bo tysiąc to chyba przesadziłbym, a może i zrobiłem, nie wiem, po prostu pogubiłem się w tym wszystkim, bo masę tego powstawało w mojej pracowni – przyznaje twórca z gminy Włoszczowa.
Przez lata stworzył oryginalny wystrój swojego domu w Jamskim, który przypomina bardziej galerię, niż mieszkanie. Każdy pokój wypełniony jest specyficznymi rzeźbami z korzeni i pni drzew. Swoim dziełom nadał nawet imiona, jak „Jeździec apokalipsy”, „Studium formy”, czy „Menora”.
Swoje nazwy mają też pomieszczenia, w których są wyeksponowane, na przykład galeria użytkowa, czy sekretne miejsce, jakim jest sanktuarium, gdzie artysta nawet nie ściera kurzu z eksponatów, ani nie pozwala ich dotykać, bo mają dla niego magiczne, wręcz sakralne znaczenie. – Sam też nie mogę zrozumieć tego pokoju, jest dla mnie wielką tajemnicą – przyznaje w rozmowie z nami.
Swoje działa pan Rafał przekazuje znajomym i przyjaciołom. Największą kolekcję korzeni w regionie włoszczowskim, jak mówi, zgromadził jego przyjaciel Jacek Sienkiewicz z Włoszczowy, zastępca wójta Krasocina. Kilka sztuk posiada też Stefan Wiernowolski – znany fotograf, regionalista, pisarz i podróżnik z Sulęcina w województwie lubuskim, prywatnie przyjaciel pana Rafała i redaktor jego pamiętników.
Ciekawostką jest fakt, że oryginalne rzeźby Rafała Malickiego można spotkać nawet w Ameryce, a dokładnie w Waszyngtonie, u znanego i wielokrotnie nagradzanego amerykańskiego fotografa żydowskiego pochodzenia Lloyda Wolfa, z którym artysta z Jamskiego utrzymuje kontakty.
– Dla mnie największym szczęściem jest to, gdy korzeń znajdzie swój dom, żeby nie butwiał na deszczu i mrozie – tłumaczy ich pasjonat.
Zatrzymuje przemijanie na fotografii
Korzenioplastyka to nie jedyna pasja Rafała Malickiego. Interesuje się też fotografią przyrody. – Odkryłem, że przemijanie, piękno regionu można też zatrzymywać na fotografii. Postanowiłem więc, że będę fotografował. I udało się – mówi, pokazując swój pierwszy, analogowy aparat marki Premier sprzed 30 lat.
– Stworzyłem nim cykl zdjęć zwanych „orbita”, jakbym był na Marsie, a zwieńczeniem tego były dwie wystawy fotografii, które odbyły się ponad 10 lat temu w Centrum Kultury Żydowskiej w Krakowie na Kazimierzu oraz we włoszczowskim Domu Kultury – wspomina pan Rafał.
Jak mówi, chciał w ten sposób zaimponować Wolfowi i jego córce Emmie z USA, w której się zakochał. – Bakcyla połknąłem w 1998 roku, kiedy to dostałem fotografie od Lloyda Wolfa. Za pierwszą pensję z ZPUE, gdzie pracowałem jako elektromonter, kupiłem pierwszy aparat fotograficzny, który mam do dzisiaj. Potem zacząłem robić zdjęcia lustrzankami analogowymi na kliszę z wymiennymi obiektywami. Obecnie korzystam głównie z aparatów cyfrowych i obiektywów zmiennoogniskowych z dużym zoomem – opowiada artysta fotograf.
Efektem jego zamiłowania do fotografii regionalnej było wydanie sześciu albumów ze zdjęciami dokumentującymi piękno przyrody: „Tak widzę, tak fotografuję”, „Mój raj”, „Przedborskie krajobrazy”, „Piękno obok nas”, „Moja przyroda część 1” pod redakcją Mirosławy Bąk i „Moja przyroda cz. 2” pod redakcją Iwony Boratyn.
Ale to nie wszystko. Kopie zrobionych przez siebie zdjęć pan Rafał wysyła od lat po świecie, z nadzieją, że ktoś dostrzeże drzemiący w nim talent, między innymi do Chicago, Nowego Jorku, Waszyngtonu, czy Yad Vashem w Izraelu, które archiwizuje fotografie artysty z gminy Włoszczowa.
Pisze książki i jest opisywany
Kolejną pasją pana Rafała, oprócz korzenioplastyki i fotografii, jest pisanie. Jego największym osiągnięciem jest wydany w maju 2024 roku pierwszy tom książki pod tytułem „Rajskie ogrody” pod redakcją Stefana Wiernowolskiego, która powstała na podstawie dzienników pisanych przez pana Rafała przez ponad 20 lat (drugi tom jest w redakcji).
– Gdyby nie pomoc Stefana Wiernowolskiego, nie byłoby mojej twórczości literackiej. Moje dzienniki leżałyby pewnie bez odkrycia, a pan Stefan włożył masę pracy, żeby to wszystko usystematyzować i stworzył piękne dzieło – przyznaje Rafał Malicki.
Mieszkaniec Jamskiego jest też bohaterem książek napisanych przez Wiernowolskiego („Nieoczywistość” i „Rafał z Jamskiego Boru”), a także Jacka Hugo-Badera, reportera „Gazety Wyborczej”, znanego podróżnika, który opisał pana Rafała w książce „Audyt”, poświęcając mu fragment pod tytułem „Astronauta z Jamskiego”.
Nasz bohater bardzo lubi też czytać książki i czasopisma popularnonaukowe, których zgromadził dość sporą kolekcję. – Tematyka moich zainteresowań literackich jest rozległa – od Biblii, teologii i filozofii, poprzez książki podróżnicze na astronomii i astrofizyce skończywszy – opowiada.
Od lat prenumeruje też miesięcznik „National Geographic” (od 2013 roku jest członkiem Towarzystwa National Geographic) oraz dwumiesięcznik o astronomii „Urania” (planuje wstąpić do Polskiego Towarzystwa Miłośników Astronomii, gdyż jest też wielkim miłośnikiem nocnego nieba).
Lubi ciszę i spokój. Nie marzy o sławie
Warto wspomnieć, że Rafał Malicki to również inwalida wojskowy (służył w wojskach inżynieryjnych w Ełku). Pod koniec lat 90-tych chciał dostać się do sił pokojowych w Libanie, jako kierowca bądź wartownik. Jego plany pokrzyżowała jednak choroba neurologiczna. – Chciałem to zrobić dla munduru, pomagać ludziom w potrzebie, ratować ich od wojny – mówi o niespełnionym marzeniu.
Obecnie utrzymuje się z renty wojskowej i opiekuje dwójką schorowanych i nie chodzących rodziców, o których bardzo się martwi i troszczy razem z trzema siostrami. Rodziców darzy wielkim szacunkiem, zwracając się do nich zawsze „mamusia” i „tatuś”.
Nie przeszkadza mu samotność, nie lubi być na świeczniku i nie marzy o sławie. Jak twierdzi, woli tworzyć w ciszy i spokoju. – Jest takie powiedzenie, które powiedział kiedyś chyba Władysław Strzemiński, który też miał ciężko w życiu, że jeśli o artyście mówi się zbyt wiele nie jest dobrze i wcale również. Ja lubię ciszę, spokój. Nie dla mnie zaszczyty, świat arogancki, wyścig szczurów. Ja jestem prosty chłop ze wsi… – przyznaje wprost Rafał Malicki.
Nie chce wiele od życia. Chciałby przynajmniej otrzymać dyplom za całokształt swojej twórczości artystycznej, który – jak mówi – mógłby zawiesić w swoim sanktuarium, gdzie ma już przygotowane dla niego miejsce. Czy ktoś spełni to marzenie ostatniego korzenioplastyka w powiecie włoszczowskim? /BA/

Wszystkie korzenie i pnie mówią. Nie wszystkie moim językiem” – takie jest moje motto życiowe w korzenioplastyce.
— Anna Wong, Woluntariusz
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego

















































